Jak pewnego dnia zakochałem się w wikuniach po uszy

Nawet na kilka lat więzienia można pójść w Peru za zabicie wikunii. „Polowanie“ z aparatem fotograficznym to inna bajka. Nie ma drugiego kraju na świecie, w którym tych zwierząt jest tak dużo i gdzie tak łatwo można je zobaczyć.

Kiedy jeszcze nic nie wiedziałem o wikuniach, nagle wyskoczyły z lodówki. To było dawno temu, w Limie, kiedy w lokalnych wiadomościach usłyszałem o chorym zwierzaku, który nie wytrwał w drodze do weterynarza. Zwożono go z Andów prawie na sygnale, a ja – kompletnie ogłupiały – nie wiedziałem o co chodzi.

Nie wiedziałem, bo trudno było wyobrazić mi sobie kraj, który z taką estymą darzy podobnego do sarny ssaka. Wtedy brałem go jeszcze za „dziką lamę“. Nie było to błędem istotnym, bo zarówno lama, jak i wikunia, zwana też wigonią, są ze sobą blisko spokrewnione. Należą do tej samej rodziny wielbłądowatych.

Wkrótce okazało się jednak, że błąd, a właściwie wielbłąd popełniałem twierdząc, że w herbie Peru znajduje się lama. Chyba każdy tak twierdzi przyjeżdżając po raz pierwszy do tego kraju. Figa z makiem! W peruwiańskim godle, który powiewa na państwowych flagach, stoi dumnie nie kto inny, tylko wikunia.

Tyle pomyłek. Potem przyszło życie. Pewnego dnia stanąłem naprzeciwko żywej wikunii i zakochałem się po uszy. Ta miłość jest tak wielka, że czasami piję rano kawę, zakładam kapelusz i ruszam w Andy spotkać się z moją ukochaną. Przed obiadem mam ją już „na talerzu“. To znaczy mam je, niejedną, bo wikunie żyją po kilkanaście samic w jednym stadzie. Prowadzone przez jednego „maczo”, który wygryza innych. Taki zazdrośnik!

Ktoś oczywiście może zapytać: chwileczkę, z Limy do wikunii w kilka godzin? Przecież one występują ponad tysiąc kilometrów dalej, w Rezerwacie Narodowym Salinas y Aguada Blanca koło Arequipy, o czym można się przekonać jadąc w stronę Kanionu Colca. To prawda, ale bliżej jest w inne miejsca. Choćby do Rezerwatu Krajobrazowego Nor Yauyos-Cochas, do którego ze stolicy Peru, w porównaniu z „Białym Miastem“, naprawdę jest rzut beretem.

Bliżej do wikunii jest nawet z miasta Nazca. Wystarczy wjechać na ponad cztery tysiące metrów nad poziomem morza do Rezerwatu Narodowego Pampa Galeras. Mieszkają tam największe na świecie stada tych zwierząt.

Łącznie jest ich w Peru około ćwierć miliona, choć jeszcze pół wieku temu nie było ich prawie w ogóle. Zostały masowo zabite przez swojego największego wroga. Człowieka. Ktoś jednak poszedł w Peru po rozum do głowy i wikunie objęto ścisłą ochroną. Za polowanie na nie, co się niestety ciągle zdarza, można pójść do więzienia na kilka lat.

Tak wysokie kary biorą się nie tylko z uczuć. Chodzi też o pieniądze. Futro z wikunii, którą łapie się na chwilę i strzyże podczas specjalnych uroczystości zwanych „chaccu“, daje najbardziej delikatną i chyba już najdroższą wełnę na świecie. Szacuje się, że przedwczesna śmierć jednego zwierzęcia przynosi pół tysiąca dolarów strat dla Peruwiańczyków. To możliwe, gdy weźmie się pod uwagę fakt, że stuprocentowy szaliczek z wikunii kosztuje – niech będzie w Arequipie – ponad tysiąc dolarów.

Summa summarum wikunia to prawdziwy skarb. Ma nawet swoje święto: 15 listopada każdego roku w Peru obchodzony jest oficjalnie „Narodowy Dzień Wikunii“.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*