Forever love. Wszystkie dzieci Julii z kamiennego wzgórza

Na świąteczne okazje Julia z faweli w Limie zakłada białą koszulkę z czerwonym napisem: „FOREVER LOVE“. Nie wie co to znaczy. U mnie z angielskim jest nieco lepiej, ale za to w temacie miłości, a zwłaszcza miłości wiecznej, jestem kompletna noga. Nie znam się po prostu. To się wypowiem.

Większość sił w ostatnich latach Julia poświęciła na odzyskanie dzieci. Trafiły do sierocińca, bo mąż kobiety poszedł do więzienia. Ale nie tylko dlatego. Państwo zainterweniowało, bo praktycznie nie było domu, lecz rusztowanie z folii, szmat i patyków. Poza tym rodzina mieszkała w złym miejscu – w połowie stromego, kamiennego wzgórza, na które nawet diabłu ciężko było podejść. Brakowało również kogoś, kto mógłby zarobić na życie. Było jednak coś, co mnie ujęło. Tętniące jak serce pragnienie Julii, by maluchy mogły do niej wrócić.

Piękno tego pragnienia dostrzegli też inni. Spaliliśmy więc stary i postawiliśmy nowy dom. Umeblowaliśmy go, doprowadziliśmy prąd, ułatwiliśmy dostęp do wody i wykopaliśmy porządną łazienkę. Potem znaleźliśmy Julii pracę i nauczyliśmy dysponowania zarobionymi pieniędzmi. Nigdy wcześniej tego nie robiła. Zajmował się tym mąż. Ale udało się. Z biegiem czasu matka stała się samodzielna i pewnego dnia odzyskała swoje dzieci.

Myślę, że po śmierci Bóg zapyta mnie o tę sprawę. Będzie chciał wiedzieć dlaczego ją spartoliłem.

W moim pragnieniu ulepszania świata nie wziąłem bowiem na poważnie jednego faktu. A mianowicie tego, że tęskniąca za dziećmi Julia co prawda jest dorosłym człowiekiem, ale mentalnie sama pozostała i pozostanie dzieckiem.

Efekt? Najstarszy syn, ten który nie trafił do sierocińca, czeka na wyrok za napad z bronią w ręku. Drugi w kolejce, a pierwszy „odzyskany“, powinien zacząć studiować, choć nie nauczył się jeszcze czytać i pisać. Trzeciego – ledwie wystającego zza tornistra – spotkałem na drugim końcu Limy w towarzystwie obcych ludzi. To wystarczyło, by pojąć w końcu, że to nie Julia wychowuje swoje dzieci. Robi to ulica.

Być może Bóg spojrzy jednak na mnie łaskawszym okiem, bo reszta dzieci została Julii ponownie odebrana. Dwójka trafiła do rodzin zastępczych. Następny zamieszka w internacie i pójdzie do dobrej szkoły. Przy matce pozostał tylko najmniejszy. Nie wiem na jak długo. Czas pokaże.

Chciałbym, żeby z nią został. Rozmawialiśmy o tym nad brzegiem Pacyfiku. Mały kręcił się niespokojnie patrząc na fale, a ja obracałem w ręku wygładzony przez ocean niewielki kawałek skały.

Wieczna miłość na pewno istnieje. Da się ją wyczytać na świątecznej koszulce oraz w oczach i duszy Julii. Czasami jest tylko tak, że to, co najpiękniejsze i najsilniejsze, nie przekłada się, bo nie może, na codzienność.

Możliwe, że Julia to kiedyś zrozumie. Uśmiechnęła się na tej plaży. Wiele razy. Spojrzałem na nią z nadzieją. I sięgając wzrokiem po horyzont wrzuciłem kamień do wody.