W zwykłym ludzkim uścisku na spalonej słońcem ziemi

Do przejścia granicznego z Argentyną zostało dwadzieścia minut. Czas w Paragwaju płynął jednak inaczej. Jakby w ogóle nie płynął, tylko rozpłynął się w gorącym powietrzu.

Usiedliśmy do obiadu na targowisku. Jadłodajni było wiele, więc wybrałem po paznokciach. Zawsze tak robię. Patrzę na paznokcie tego, kto zachęca do jedzenia. One mówią wszystko.

Następnie patrzę w oczy. Należały do kelnerki w średnim wieku. Uśmiechnęła się, a w jej spojrzeniu mieszkał smutek.

Zjedliśmy, zapłaciliśmy, podziękowaliśmy i poszliśmy odebrać bagaże. Czas nadal grzązł w upale, choć do granicy było coraz bliżej. I kiedy już mieliśmy ruszać w jej stronę, nagle zapragnąłem tę kelnerkę przytulić.

Zastanawiałem się po drodze jak to wytłumaczę. Co powiedzieć w takiej sytuacji nieznajomemu człowiekowi z innego świata? Jak to odbierze? Co zrobi? Myśli odeszły tak szybko, jak przyszły. Będzie co będzie. Nie ma potrzeby martwić się na zapas.

W jadłodajni krzesła stały już na stołach do góry nogami. Musiałem dwa razy oblecieć wszystko wzrokiem, żeby ją odnaleźć. Siedziała w półciemnym rogu. Przyklejona plecami do ściany. Wpatrzona w podłogę.

– Cześć – stanąłem przed nią jak zjawa.

Nie wystraszyła się. Podniosła powoli głowę i zapytała:

– Wróciłeś, żeby mnie przytulić?

Wyciągnąłem ramiona i utknęliśmy w objęciach. Na kilka sekund. Wystarczająco długo, by wlało się we mnie życie tej kobiety. To, co w nim najważniejsze. Z bliznami duszy, których jeszcze nikt nie zobaczył.

Znów się uśmiechnęła. W jej oczach nie było już tak głębokiego smutku jak przed obiadem. Była iskierka. Wziąłem ją za oznakę wewnętrznego ukojenia.

Staliśmy jeszcze przez chwilę otoczeni pustką. Odniosłem wrażenie, że znam tę osobę od dawna. Tak czasami bywa. Nie zna się absolutnie nikogo, ale nagle okazuje się, że wszyscy są nam podani na tacy.

– Zabierz mnie stąd – powiedziała na pożegnanie.

Zamiast odpowiedzieć przycisnąłem ją jeszcze mocniej. Tak, aby bez słów mogła zrozumieć, że to niemożliwe.

Do granicy zostało naprawdę niewiele. Żar ciągle lał się z nieba, a paski plecaka znów wbijały się w skórę. Mordęga. Ale w jednej chwili wszystko stało się lekkie. Jakby to, co było moim ciężarem, zostało daleko w tyle.