List, którego nie wysłałem. O najlepszym prezencie w życiu

Właśnie minęło piętnaście lat od śmierci mojej mamy. Niedługo po niej umarł ojciec. Jakby się umówili i odchodząc z tego świata zabrali ze sobą wyjaśnienie tajemnic, z którymi  mierzę się do tej pory.

Z ojcem sprawa jest prosta. Pamiętam go tylko z dwóch chwil. Pierwszy raz, gdy miałem sześć lat. Nic nie mówił, tylko długo bawił się ze mną. Jakby próbował nadrobić zaległości w tym temacie. Nie zdawałem sobie wówczas sprawy, że przyszedł zobaczyć mnie po raz ostatni. Ale ja ujrzałem go raz jeszcze. Po wielu latach. Kiedy leżał w trumnie.

Mama natomiast towarzyszyła mi niemal przez cały czas. Najlepiej opowiedzieć o tym w dwóch zdaniach. Nikt w moim życiu nie zrobił dla mnie tyle, co ona. I nikt nie był w nim tak bardzo nieobecny.

Po jej śmierci napisałem do niej list. Chciałem go odczytać na pogrzebie, ale nie miałem odwagi. Mróz skrzypiał pod stopami, a ja zagotowałem się ze strachu. Wydawało mi się to wszystko przewidzeniem. Przecież śmierć nie mogła dotknąć mnie w ten sposób. Nie byłem w stanie wyobrazić sobie, że odeszła osoba tak mi daleka, a zarazem tak bliska.

List do mamy wrzuciłem do grobu zanim grabarze chwycili za łopaty. Gdybym miał go napisać dzisiaj, byłby o łzach, których nigdy nie widziała i o radościach, które zostawiłem tylko dla siebie. Byłby to list o synu, którego nie znała.

Napisałbym też o tym, co działo się w ostatnich trzech miesiącach jej życia. Kiedy zachorowała i tylko cud mógł sprawić, że wyjdzie z tego żywa.

Gdyby było to możliwe, wróciłbym do tych kilkunastu tygodni jej największego cierpienia. Do podróży w karetce pogotowia. Długich operacji. I odwiedzin w szpitalu, gdy była ich świadoma. Wróciłbym zobaczyć jej przerażenie, a potem uśmiech i akceptację. Chciałbym raz jeszcze być świadkiem tego, o czym cały czas milczała, a co choroba wydobyła na światło dzienne. Dopiero wtedy zacząłem ją poznawać. Gdy wielkimi krokami zbliżała się do kresu życia.

To był najlepszy czas z moją mamą. Nie chciała go niczym zakłócić. Umarła, gdy wyszedłem na chwilę z pokoju.

Tak szybko, że ja też nie zdążyłem jej niczego powiedzieć. Byłem dla niej wielkim nieobecnym. Nie miała mnie nawet na zdjęciach. Kiedy z wakacyjnych wyjazdów dostawała porcję wywołanych na papierze fotografii, pytała: – No pięknie, ale dlaczego ciebie na nich nie ma?

Napisałbym jej o tym w liście. O strachu, który stał się mi przyjacielem i o samotności produkującej nietrwałe związki. Napisałbym jej o tym, jak pochłaniają mnie pasje i pożerają od środka, a także o wrażliwości, która potłukła się przez rzeczywistość. Napisałbym jej o bliznach, którymi wzbogacona jest moja dusza. Opowiedziałbym mamie to wszystko, co można opowiedzieć kochającej i kochanej osobie.

Odeszła spowita tajemnicą. Tak jak Święty Mikołaj odchodzi od widzącego go po raz pierwszy małego dziecka. Prezent od niej jest jednak cenniejszy. To ja sam i moje życie. Nie przestałem, nie przestaję i nie przestanę być jej za to wdzięczny.