Piękna dziewczyna z włosami na twarzy. Panna Lucero

Lucero z faweli w Limie nie jest już dzieckiem. Kilka lat temu ledwo uszła z życiem z pożaru. Teraz to piękna dziewczyna z długimi włosami, które zakrywają blizny na połowie jej twarzy. Spędziliśmy razem jeden dzień.

polwysep-paracasOd 23.00 do rana fawele w Limie wyglądają jak cmentarze. W dzień nie taki diabeł straszny. Ale w nocy? Nie znam bardziej ryzykownych miejsc. Nikt do nich nie wchodzi i nikt z nich nie wychodzi. To więcej niż nierozsądne. Dlatego wjechałem tam samochodem.

Musiałem odebrać Lucero. Było krótko po trzeciej, kiedy zeszła z ojcem po stromych schodach. Przywitaliśmy się i szybko wsiedliśmy do auta. Tata został. Tak mi ufa, że nawet nie zapytał dokąd jedziemy.

Pojechaliśmy na południe. Miałem tylko jeden dzień i chciałem spędzić go z Lucero. Najbardziej intensywnie jak się da. Nie zdążyłem jej o tym powiedzieć, bo kiedy dotarliśmy na szeroką i wyasfaltowaną Trasę Panamerykańską, zasnęła jak niemowlę. Choć to już przecież panna. Niedługo skończy piętnaście lat, z czego prawie połowa to czas po wypadku.

Wydaje się, że tamten pożar wybuchł dawno temu. Wszystko stało się w kilka sekund. Lucero zdążyła tylko odepchnąć młodsze dziecko, czym uratowała mu życie i przyjęła na siebie falę ognia. Poranną ciszę w fawelach przerwał krzyk palącego się człowieka.

Panamericana od Limy do Pisco to na całej trasie autostrada. Peruwiańska autostrada. To znaczy, że nagle można na niej spotkać osła ciągnącego pod prąd wóz z sianem. Ale i tak jedzie się jak po sznurku. Zanim się obejrzałem, byliśmy w Paracas.

Tam przesiedliśmy się do łódki i ruszyliśmy na Wyspy Ballestas. To mały archipelag na Oceanie Spokojnym. Królestwo ptaków, w którym przedstawienie kradnie jednak ktoś inny. Lwy morskie. Wiatr co rusz odgarniał włosy ze zniekształconej w połowie twarzy Lucero. Jej blizny chłonęły zimne powietrze, a oczy lśniły zachwytem.

Potem pojechaliśmy w najpiękniejsze punkty Półwyspu Paracas. Cóż pięknego jest na dzikiej pustyni? Można się nad tym zastanawiać. Dopóki się jej nie zobaczy. Byliśmy też na wydmach koło Oazy Huacachina. Słońce wydusiło z nas ostatnie poty i w to miejsce szybko wskoczyła adrenalina. Sądziłem, że Lucero będzie bać się rajdu po piaszczystych wzgórzach i zjeżdżania po nich na desce jak na sankach. Nic z tego. Chyba mało co jest w stanie ją wystraszyć.

Wiatr przestał wiać na plaży. Usiedliśmy na kamieniu i zamoczyliśmy stopy w chłodnym Pacyfiku. Lucero znów zasłoniła blizny włosami,  ale odsłoniła duszę. Jest spokojna. Zdolna. Bardzo komunikatywna. Pogodziła się, że nigdy nie będzie wyglądać tak, jak przed wypadkiem. Nie w głowie jej tamten świat. Tylko ten. Jakikolwiek jest i będzie.

W Limie nie było nas dwadzieścia godzin i siedemset kilometrów. Odstawiłem Lucero pod strome schody. Szła odwracając się i machając kilka razy na pożegnanie. Kiedy była już bezpieczna, zawróciłem i odjechałem powoli w ciemność.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.