Pepe po latach: Spotkanie z pewnym chłopcem z przeszłości

Nie ma dnia, żebym nie myślał o ludziach, z którymi przyszło mi razem podróżować. Niekiedy myśli te mają charakter natrętny. Nie trzeba więc psychiatry, by stwierdzić, że w tym temacie mogę mieć nierówno pod sufitem.

Metodą na wyleczenie miało być zawieszenie butów na kołku. Taki podróżniczy odwyk. Skończyło się jeszcze większą nostalgią za towarzyszami ze szlaku. I głodem za nowymi wyjazdami. Nie wnikam skąd się to wzięło. Ta historia nie ma wyjaśnienia. Ale jedno w niej jest godne przywołania. Pepe. To mały, może ośmioletni chłopiec, który robił zamęt w życiu dorosłego faceta. Żałośnie destrukcyjny był to układ. Z obu stron przypominał pasożytnictwo. Morderczy remis ze wskazaniem na psotne dziecko.

Tym facetem byłem ja. Natomiast Pepe uosabiał część mojego duchowego wnętrza. Tak go nazwałem. Aż pewnego dnia przegoniłem na cztery wiatry. Po prostu wygnałem z duszy niczym najgorszego wroga. Poszło gładko. Nawet nie protestował. Odwrócił głowę na zakręcie i uśmiechnął się triumfalnie. Tyle go widziałem.

Potem o nim zapomniałem. I wymazałbym go z pamięci zupełnie, gdyby nie podróże. Spotykałem w nich małego, może ośmioletniego chłopca. Na chwilę, przypadkiem, nieoczekiwanie. Dopiero po czasie odkryłem, że to Pepe.

Za każdym razem był kimś innym. A to faktycznie małym urwisem, a to szelmowską dziewczynką, a to stadkiem dzieciaków. Czasami przybierał postać wspomnień opowiadanych przez napotkanego w drodze dorosłego. Pojawiał się w graffiti na murze. Czekał w gazecie czytanej w autobusie. A bywało, że spadał wprost z nieba wraz z promieniami porannego słońca. Nie wiedziałem, że to magik. Wyskakiwał jak królik z kapelusza.

Był jednak inny niż za dawnych lat. Trzymał się na dystans i spoważniał. Gdyby nie filuterny uśmiech, można było odnieść wrażenie, że się na mnie obraził. Nic z tego. Nie powiedział tego własnymi słowami, ale nie ma żalu, że zostawiłem kiedyś na pastwę losu.

Ostatni raz spotkałem go w Wenezueli, podczas wyprawy dookoła Ameryki Południowej. Przypłynął po nas ze swoim ojcem na bezludną wyspę na Morzu Karaibskim. To nie był długi rejs, ale jeden z najpiękniejszych w moim życiu. Myślę po nim, że ta nostalgia, a nawet tęsknota za ludźmi z podróży, bierze się stąd, iż w każdym z nich nieświadomie widzę małego Pepe. Może to nawet za nim tęsknię najbardziej.

Przerwa w wyprawach nie wyleczyła mnie z niczego. Dała jednak coś, czego nie miałem wcześniej. Czerpanie z doświadczenia i dystans do podróżowania. To sprawia, że każdy, nawet najkrótszy wyjazd to kopalnia wewnętrznej radości. A także okazja, by znów spotkać małego chłopca z przeszłości. I zaprosić go w głąb siebie.