Somos dos, czyli dwie: Latynoska droga matki do córki i odwrotnie

Mogę się mylić, bo notuję tylko w pamięci, a ta bywa zawodna, ale wydaje mi się, że Asię poznałem w domu Cecylii – ciepłej i gościnnej osoby z peruwiańskim dowodem osobistym i polską duszą. Przebieg spotkania pamiętam jednak dokładnie. Niezbyt często zdarza się bowiem, aby w Limie pojawiła się młoda, samotna mama z nosidełkiem na plecach, w którym wierci się dziecko i oznajmiła:

– Wybieramy się w podróż po Peru.

Przyznam nawet szczerze, że nie zdarza się to w ogóle. Ale kiedy słuchałem Asi, szybko zdałem sobie sprawę, że to nie dlatego to, co chce zrobić, jest tak wyjątkowe.

Tu nie mogę się mylić. W historii tej dziewczyny znalazłem wielkie pokłady cierpienia i jeszcze większą nadzieję na okiełznanie go. A wszystko to spowite uplecionym uśmiechami szaleństwem. Tak ją wtedy widziałem. Szaloną Polkę na „końcu świata”.

Jestem bardzo otwarty na takie postawy. Co więcej – ludzi, którzy spełniają swoje najbardziej zwariowane marzenia uważam za całkowicie normalnych. Sam przecież robiłem i robię w Peru rzeczy, o których kiedyś mi się nie śniło i absolutnie nie mam zamiaru dzielić się tym z psychoterapeutą.

Ale dziecko? Zabierać w tę podróż malutką dziewczynkę, która nawet nie ma pojęcia co się z nią dzieje?

– To jedyny moment, kiedy mogę to zrobić – odparła Asia. – Później Gaja pójdzie do szkoły i nie będzie już na to czasu.

Nie rozumiałem tego w żaden sposób. Nie rozumiałem, bo jako w miarę logicznie i zazwyczaj trzeźwo myślący facet we wszystkich czerwonych, żółtych i zielonych lampkach, które zapaliły się wtedy w mojej głowie nie zauważyłem jednej. Tej, która sygnalizuje o matczynej miłości.

Teraz ją widzę. I myślę całkiem poważnie, że Gaja jest w czepku urodzona, bo przy okazji tego uczucia może rosnąć sobie i obserwować świat w drodze.

Może, bo one ciągle podróżują, choć od naszego spotkania w Limie minął już grubo ponad rok. Najpierw było Peru ze wszystkim, czyli dobrem i złem, które ten kraj ma do zaoferowania, potem Ekwador, a teraz Kolumbia.

Kiedy myślę o tej „matce i córce w drodze“, przyplątują się pytania o nie. Nie gdzie los je jeszcze zaprowadzi, tylko czy będzie dla nich łaskawy? Szybko jednak odrzucam te obawy, bo mam wrażenie, że gdzieś na szlaku Asia znalazła mocne oparcie. Własne serce.

Czytam o nim i oglądam na blogu, który zaczęła tworzyć. Zdaje się, że będę tam zaglądać często, bo ta przygoda, biorąc pod uwagę nawet najpiękniejsze miejsca tej części świata, urzeka najbardziej.

Somos dos (Jesteśmy dwie). Blog podróżniczy mamy z dzieckiem