Módl się i podróżuj. Wyprawa wyciśnięta jak sok z limonki

Po ostatniej podróży spałem dwie doby. Zawsze wystarczała jedna, ale tym razem nie mogłem się obudzić. Prawie nieboszczyk. Nie jest to jednak powód do zmartwień, bo przecież „prawie“ robi różnicę.

Gdy w końcu się obudziłem, kolejne dwie noce o tej podróży myślałem. Jakim cudem udało się ją zrealizować? Zazwyczaj każdy element wypraw mam opanowany. Teraz jestem jak kot na pustyni. Nie ogarniam tej kuwety.

W trzy tygodnie z Mariolą i Jackiem pokonaliśmy siedem i pół tysiąca kilometrów. Czym się dało, za wyjątkiem łodzi podwodnej i hulajnogi. Nie był to wyścig. Tylko wyciskanie. Wycisnęliśmy Peru do ostatniej kropli. Tak jak wyciska się sok z limonki.

Najpierw pojechaliśmy na obrzeża Limy przejść szlakiem Inków i zwiedzić antyczną osadę kultury Ychsma. Stamtąd od razu na północ, gdzie zobaczyliśmy miejsca zbudowane przez inne pradawne kultury. Paramonga, Kotosh, Huarmey, Chavin de Huantar, Sechin i Chan Chan nie wychodzą dobrze na zdjęciach, ale robią ogromne wrażenie. Potem była Kordyliera Biała, którą objechaliśmy dookoła mając wiecznie ośnieżone szczyty na wyciągnięcie ręki. Pod jeden z nich udaliśmy się pieszo. Wysoko, bardzo wysoko. Szczegóły pominę milczeniem, żeby kardiolog Jacka nie dostał zawału. Z Andów zjechaliśmy do gorącej Amazonii oglądając po drodze gigantyczne formacje skalne Huayllay. To największy park geologiczny na świecie. W Chanchamayo – zielonej krainie Indian, egzotycznych owoców, leczniczych ziół, pysznej kawy i orzeźwiających wodospadów – nadal było jak w bajce. Podobnie w Nor Yauyos-Cochas, rezerwacie krajobrazowym, który nie bez powodu nazywany jest najpiękniejszym miejscem w Peru. Następnie udaliśmy się na południe. Wyspy Ballestas, Paracas, Huacachina i Nazca to obowiązkowe punkty pustynnego wybrzeża. Dodaliśmy do tego starożytne linie i geoglify w Palpie, cmentarz prehistorycznych zwierząt w Sacaco oraz inkaski port i magazyn rybny w Puerto Inca. W Arequipie wielkie pranie i dalej, nad Jezioro Titicaca i bocznymi drogami do Cuzco – przez kolonialne wioski i malownicze kaniony płaskowyżu Altiplano. Na dokładkę zawitaliśmy do kamiennego lasu Pampachiri, odwiedziliśmy indiańską rodzinę w chacie podobnej do domku Smerfów i obejrzeliśmy spektakl latających nad głowami kondorów w Andamarce. A w Dolinie Inków odpoczęliśmy podczas krótkich trekkingów, by w końcu postawić nogę w Machu Picchu. Szok nie do opisania.

Rozmawiałem o tej podróży z kilkoma ekspertami. – To niemożliwe – pokręcili głowami. Możliwe. Przecież to zrobiliśmy. Ciągle jednak nie wiem jak. Tym bardziej, że chorowaliśmy na wysokościach, niemal staranował nas autobus, a na końcu spadło na mnie drzewo. Mimo to żyjemy. Ze wspomnieniami, których nie zapomnę. Chyba że spotkam kolegę Alzheimera.

Na razie spotkałem Boga. Kiedy wgłębiam się w tę wyprawę, przed oczami mam chwile, w których czułem Jego bliskość. Musiał mieć niezły ubaw patrząc na to, co wyprawialiśmy. Nie komentował i nie wtrącał się do niczego. Jakby chciał powiedzieć: – Dasz radę. Tylko módl się i podróżuj dalej.