Włamanie do Caral, Chan Chan na wesoło i dżungla z kaczkami

Podróżowanie z samymi kobietami ma dużo plusów. Przede wszystkim łatwiej się zakochać. W Peru rzecz jasna, bo w przeciwnym razie pojawiają się minusy. Łatwiej jest także kobiety zrozumieć. Było tak podczas wyprawy z Basią, Ewą, Gosią, Drugą Gosią i Krysią. Do tej pory układam sobie w głowie w jaki sposób wszystkie mówiły naraz i miało to sens.

Pojechaliśmy na północ. Najpierw „włamaliśmy się” do Caral. Było to konieczne, bo trochę się spóźniliśmy, a szkoda pocałować klamkę ruin najstarszej cywilizacji w Ameryce. Z nich ruszyliśmy do Kordyliery Białej zdobyć lodowiec. Czasu nie było dużo, stąd i aklimatyzacji niewiele, nic więc dziwnego, że dziewczyny popadały na szlaku. Wkrótce jednak wstały, otrzepały się i – że się tak wyrażę – szczytowały bez problemu. Potem Chan Chan, gdzie dopadła nas głupawka, choć samo miejsce to poważna sprawa: największe na świecie miasto z cegły adobe. Nie zmieniło to faktu, że niemal tarzaliśmy się na piasku, po którym stąpały kiedyś dostojne stopy władcy imperium Chimu. Humory dopisywały również w twierdzy Chachapoyas. Trochę padało, choć nie wiem już czego było na policzkach więcej: deszczu, czy łez ze śmiechu. Podobnie w Karajila – wąwozie ze starymi sarkofagami. Zeszliśmy do nich w błocie, wyjechaliśmy na koniach. Natomiast osły, w tym jeden piszący te słowa, wciągnęły nasz majdan do Marcahuasi. Na tym andyjskim płaskowyżu ze skałami w kształcie ludzi i zwierząt spaliśmy pod namiotami i gwiaździstym niebem. Cudnie było. I poniżej zera, więc ledwo nadążałem z ogrzewaniem. Jak? To są właśnie te plusy, o których wspomniałem na początku.

Pamiętam to wszystko dokładnie. Byłem wtedy duchowym wrakiem. Ale dziewczyny wlały w niego swą kobiecość i postawiły na nogi. Nigdy im tego nie zapomnę.

Trafiliśmy też do Amazonii koło Tarapoto. Ktoś powiedział nam, że niedaleko są słynne, zapierające dech w piersiach baseny termalne. W dżungli? Od razu wskoczyliśmy w stroje kąpielowe i motorowe riksze.

Przywitał nas właściciel. Zaprosił do chaty, przedstawił rodzinę, poczęstował sokiem z guanabany, pokazał posiadłość, opowiedział o egzotycznych roślinach z ogródka i wyjaśnił zdrowotne działanie basenów. Wszystko pięknie, ale gdzie one są? Nie mogliśmy ich wypatrzyć. Jak okiem sięgnąć tylko las, banany i śmierdząca laguna, po której pływały kaczki.

Przez moment pomyślałem nawet, że to ona jest tymi basenami, ale szybko odrzuciłem taką możliwość. Podobnie dziewczyny. Żarty żartami, ale bez jaj, prawda? Właściciel wyprowadził nas jednak z błędu. Nie było odwrotu. Po tym, jak nas ugościł, głupio było odmówić. Wysmarowaliśmy się więc czarną mazią z dna jeziorka i chlup. Na ochotnika ja pierwszy, a reszta za mną. Nie ma to przecież jak zgrany team w podróży.