Giganci z kamienia. Upalny dzień na płaskowyżu Marcahuasi

Wczesna pobudka nie dała zbyt wiele. Zanim z podłogi wiejskiej restauracji zwinęliśmy śpiwory, słońce było już wysoko. To zawsze oznacza wędrówkę w spiekocie. Ale nie tylko dlatego na Marcahuasi szliśmy powoli. Dla Eweliny, Julii, Julity, Uli, Darka i Maćka było to pierwsze w życiu podejście na taką wysokość. Cztery tysiące metrów nad poziomem morza. Krok po kroku, z wywieszonymi językami, zawrotami głowy i kłuciem w płucach. Daliśmy radę.

Nie byliśmy sami. Na górze spotkaliśmy latającego jeszcze wyżej kondora. I ze zdumieniem przyglądaliśmy się Peruwiańczykom, którzy… biegali w tę i z powrotem. W lokalnym maratonie. Śmigali niczym chasquis – niosący ważne wiadomości dawni biegacze, na których oparta była komunikacja w imperium Inków.

Marcahuasi jest pofałdowaną pampą, na której stoją kamienne giganty. To wyryte w skałach postaci ludzi i figury zwierząt. Naliczono ich kilkadziesiąt. Dotarliśmy do najważniejszych. Pomnika Ludzkości z twarzami osób różnych ras, Proroka pilnującego wąskiego przesmyku do wijącej się w dole rzeki świętej Eulalii i Doliny Fok, która przypomina, że to miejsce było kiedyś dnem oceanu.

Poza tym odwiedziliśmy ruiny Masma – miasta legendarnych ludzi, choć ślady ich życia zachowały się do tej pory. Podobno byli wyżsi i silniejsi niż zwykli śmiertelnicy i kontaktowali się z istotami pozaziemskimi. Miejscowi Indianie mówią też, że to lud Masma, a nie deszcz, wiatr i słońce, jest autorem kamiennych wizerunków, które można zobaczyć na tym płaskowyżu.

Dla nas jednak była to tylko część większej historii. Naszej historii. Zakończyliśmy ją obejściem niemal całego Marcahuasi i zjazdem na dachu autobusu. Cóż więcej potrzeba do przygody?