Być królem ulicy, czyli jak prowadzić samochód w Limie

Powiadają, że kto nauczy się prowadzić auto w Limie, poradzi sobie na całym świecie. Nie brzmi to zachęcająco, ale w rzeczywistości nie jest trudne. Wystarczy wbić sobie do głowy, żeby siadając za kółkiem od razu nałożyć na nią koronę. Znaczy się koronować na króla lub królową.

Jedyny problem tkwi w tym, że tak samo robią pozostali kierowcy. Każdy uważa się za władcę szos. Jak się w tym odnaleźć? Pod żadnym pozorem nie rezygnować z przywództwa.

Poddanie się oznacza kłopoty. Nawet ze zwykłym włączeniem się do ruchu. W Limie nikt nikomu nie ustępuje. Liczysz na to, że ktoś okaże miłosierdzie, byś mógł wjechać na główną drogę? Licz dalej. Sekundy, minuty… Możesz tak doliczyć do granicy wytrzymałości nerwowej. Miejsce na ulicy trzeba sobie wywalczyć. Korzystając obficie z klaksonu.

Klakson to najważniejsza część w samochodzie. Żaden szanujący się kierowca nie wyjedzie na miasto, jeśli klakson jest niesprawny. Prędzej zapomni o hamulcach. Co prawda samo trąbienie nie popycha naprzód, ale oznajmia innym, że właśnie uaktywniły się w nas geny władcy i przystępujemy do bardziej zdecydowanego rządzenia.

Sygnał dźwiękowy przydaje się też w relacjach z pieszymi. Niekiedy zapominają, że droga nie jest dla nich i próbują przejść bezpiecznie na drugą stronę. To zrozumiałe, bo każdemu zdarza się bujać w obłokach. Ale wówczas klakson jest idealny. Momentalnie sprowadza na ziemię. Może też uratować życie.

Kiedy pierwszy raz wyjechałem na ulice Limy, zabrałem ze sobą nawyki z europejskich dróg. Już na pierwszym skrzyżowaniu zabiłbym przez to człowieka.

Na skrzyżowaniu skręciłem w prawo i zatrzymałem się, by przepuścić stojącego przy krawężniku pieszego. Miał przed sobą zielone światło i namalowane na ulicy pasy, ale nie chciał iść. Zachęciłem go więc ręką, co odwzajemnił dziwnym spojrzeniem. Jakby patrzył na wariata. W końcu jednak ruszył i gdy znajdował się w połowie drogi, został niemal staranowany przez wyprzedzający mnie z lewej strony sznur trąbiących samochodów.

O ile dobrze pamiętam, wyprzedzanie samochodu stojącego przed przejściem dla pieszych należy w Polsce do najcięższych wykroczeń. Ale to mnie, a nie innych, zatrzymała na rogu policjantka. Zostałem pouczony, żeby w przyszłości nie stwarzać podobnego zagrożenia. Nie ma sprawy. Stosuję się do tego zalecenia bardzo sumiennie.

Pamiętam też nieliczne sytuacje z polskich dróg, kiedy zdarzało mi się wjechać na skrzyżowanie na żółtym świetle. Z sercem w gardle rozglądałem się wówczas za patrolem policji. W stolicy Peru jest nieco inaczej. Bywa, że przejeżdżam na czerwonym i w tylnym lusterku widzę, że robi to za mną jeszcze czterech kierowców.

Różnic jest oczywiście więcej, ale wszystkie sprowadzają się do tej jednej zasady. Być królem i nie dać sobie napluć w kaszę. To działa. Sprawiając przy okazji, że prowadzenie auta w Limie jest łatwe i przyjemne.