Zamachy w Belgii i Francji: Nie będę umierać za taką Europę

Trzymam się z daleka od polityki, ale sytuacja, w której w sercu Europy jadący do pracy ludzie wysadzani są w powietrze, polityką już nie jest. Na tej samej zasadzie politykami nie są osoby, których decyzje naraziły innych na śmierć. W kodeksie karnym każdego cywilizowanego kraju są na to paragrafy. Po zamachach w Paryżu i Brukseli śledztwo w sprawie tych, którzy żonglują ludzkim życiem, powinno ruszyć z urzędu. Kierowcy i kolejarze odpowiadają za spowodowanie katastrofy w ruchu lądowym, zatem „politykom” należy się kara za spowodowanie katastrofy w życiu społecznym.

Tyle tytułem wstępu, choć muszę przyznać, że zjawiskiem muzułmańskich imigrantów i bomb wybuchających na Starym Kontynencie interesuję się od niedawna. Wcześniej nie zdawałem sobie sprawy, że każdego dnia do Europy wkracza bez dokumentów i pobieżnego sprawdzenia setki, jak nie tysiące młodych mężczyzn. Na drugim końcu świata trudno w to uwierzyć.

Po zamachach w stolicy Belgii mój sąsiad w Limie orzekł, że w tej tragedii można znaleźć pozytywy. Spojrzałem na niego spod byka. – Po tym, co się stało, Europa zamknie teraz swoje granice, a to ocali przed śmiercią kolejnych niewinnych ludzi – sprecyzował szybko.

Nie wiem jak wytłumaczyć temu Peruwiańczykowi, że Europa nie tylko nie zamknie granic, ale jeszcze bardziej je otworzy.

Oczywiście nie dla wszystkich. Gdyby mój peruwiański sąsiad chciał osiedlić się w którymś z krajów Unii Europejskiej na podstawie tego, że marzy mu się życie w lepszym świecie, zostałby przez Unię przegoniony na cztery wiatry. Albo sam zrezygnowałby stojąc w obliczu europejskich wymagań. Stosowanych wyrywkowo, bo przecież gdy to piszę, do brzegu Europy dobija kolejny statek z ludźmi, których unijna biurokracja i przepisy nie dotyczą.

Ze zdziwieniem przyglądam się też opiniom, że zamachy we Francji, a teraz te w Belgii, to początek otwartej wojny, której trzeba się przeciwstawić, a następnie ją wygrać. Nie mam pojęcia skąd tyle optymizmu. Wojna się przecież nie zaczęła. Tylko skończyła. Klęską.

Europa jest na kolanach. Ta sama Europa, która ucywilizowała siebie i spory kawałek świata, teraz stacza się po równi pochyłej. Do osiągnięcia przez nią dna nie trzeba nawet wysadzać się w powietrze. Wystarczy, że sprawcy oraz zwolennicy tych i kolejnych zamachów, będą się rozmnażać. Za kilka pokoleń rdzenni, uformowani w chrześcijaństwie Europejczycy, będą na swoim własnym kontynencie ludźmi drugiej kategorii. Dokładnie takimi, jakimi są już w krajach muzułmańskich.

Ta wojna nie została przegrana wraz z wybuchem bomb na brukselskim lotnisku Zavantem i stacji metra Maelbeek. Stało się to wcześniej, bo w duszy społeczeństw, podobnie jak w duszy człowieka, nie ma miejsca na „ziemię niczyją“. Nie istnieje sposób na zachowanie pustki. Kiedyś Europa była chrześcijańska, ale uznała, że lepiej być „neutralną“. Proszę bardzo. Tyle tylko, że to niemożliwe. W życiu nie da się zbyt długo utrzymać próżni. Z biegiem czasu dawne, odrzucone wartości zostają zastąpione nowymi. Silniejszymi. A na takie wyglądają wartości islamskie.

Kto uważał na lekcjach historii i ma przeciętną zdolność kojarzenia faktów wie, że gdyby nie chrześcijaństwo, Europejczycy już od dawna nosiliby turbany na głowach, a ich żony – burki na twarzach. Po zamachach aż chce się nawet zapytać: – No i po co ten Sobieski tak się wysilał?

To już jednak przeszłość. Dalszego wojowania nie będzie. Bo o co mielibyśmy właściwie walczyć? O więcej aborcji na życzenie? Więcej obojętności? Więcej emocjonalnych uniesień zamiast odwołania do głębi serca i rozumu? Większy rozkład rodzin i zastępowanie ich parami tej samej płci? Czy może o więcej samotności, kultywowania „ego” i tego wszystkiego, co charakteryzuje „nowoczesnego” i „wolnego” człowieka dwudziestego pierwszego wieku?

Proszę bardzo, nie mam z tym problemu. Ale ja dziękuję za taką Europę. Wolę pożyć w prowincjonalnym i zacofanym Peru.