Nie jestem już gringo. Niespodziewanie stałem się brunetem

Chciałem przyjrzeć się siwym włosom na mojej skroni. Były tam. Ale się zmyły. Nie ma też naturalnego koloru. Włosy są czarne jak smoła. Ze wszystkich stron wygląda, że zostałem brunetem.

Zmiana jest kolosalna. Urodziłem się blondynem, a potem miałem zapisane w papierach: ciemny blondyn. To już nieaktualne. Po jasnym wyglądzie pozostały tylko błękitne oczy.

Ogólne powody są dwa: życie i podróże w Ameryce Południowej. W szczegółach przyczyn jest więcej. To słońce, klimat, jedzenie i pewnie też kilka amazońskich ziół, które systematycznie piję, lecz bynajmniej nie po to, by zmienić karnację. Ona też się zmieniła. Moja skóra nie jest już jak papier. Nie jest też ciemnobrązowa, czy wręcz jasnoczarna, jak to u Latynosów bywa. To coś pośredniego. Ale wystarczająco intensywnego, by miejscowi przestali na mnie wołać gringo.

Zwłaszcza dzieci. Kiedyś marzyły na głos, że chcą być takie, jak ja. Białe. Teraz nawet nie spojrzą.

Oprócz kolorów zmieniło się tempo. Dawno temu chodziłem do fryzjera raz na cztery miesiące. Spadło do czterech tygodni. Jeśli je przegapię, można mnie pomylić z małpą. Tak samo jest z paznokciami. Rosną jak u nieboszczyka.

Muszę też wspomnieć o ranach. Mniejsze goją się tak szybko, że często na drugi dzień nie ma po nich śladu. Czasami wpadam w zwątpienie, czy w ogóle się skaleczyłem. Większe rany potrzebują więcej czasu, ale pamiętam wypadek, w którym zdarłem wszystko z kolan aż do kości. Po dwunastu godzinach ziołowej terapii zaczęło się zasklepiać. Po trzech dniach byłem już na nogach.

Pozostają jeszcze te siwe włosy. Faktycznie je miałem. Powód ich zniknięcia nie jest jednak tajemniczy. Po prostu przestałem się martwić. I tyle.