Wschód słońca na Machu Picchu i śpiące miasto w dole

Kiedy tylko mogę, idę oglądać wschód słońca na Machu Picchu. Tak nazywa się najwyższy szczyt w fawelach, z których rozciąga się widok na spory kawałek Limy.

Machu Picchu. Inne. Tak odległe od tego w Andach, do którego o tej samej porze ciągną tłumy turystów. W moim Machu Picchu nie ma nikogo. Jest cicho. Ludzie, psy i pchły jeszcze śpią. Czasem tylko gdzieś z kurnika zapieje kogut. Albo z zimnym powiewem od Pacyfiku dotrą dźwięki budzącego się powoli miasta. Często muszą przebijać się przez chmury pod moimi stopami.

Siadam na kamieniu, a wszystko we mnie zapada w błogość. Natchnioną. Ukojoną. Wierszem pisaną. Nigdy nie wiem jak długo potrwa. Nie mam pojęcia kiedy zabije ją proza życia.

Siedzę więc i czekam, aż świat wokół obudzi się zupełnie. A potem ruszam w dół. Jakbym dopiero się narodził.

lima fawele